MOTTO TYGODNIA 
Tempora mutantur,
et nos mutamur in illis.
"Czasy się zmieniają
i my się wraz z nimi zmieniamy."
Przysłowie łacińskie
 
 
 

I Liceum Ogólnokształcące w Rzeszowie

im. ks. Stanisława Konarskiego

35-030 Rzeszów; 3-go Maja 15

tel. 17 748 28 20  fax. 17 748 28 30

pierwsze w mediach 3

mscloudlogofanpage 1lo

kanal youtube 175

bip190

Archiwum wiadomości

office365info

Byliśmy w kinie

1917Jak oglądać filmy, to tylko te dobre. 1917 jest szokujący, nieszablonowy i efektowny, jednak pozostawia w głowie to znajome, słodko-gorzkie wrażenie. Gdyby nie jego szturm na Złote Globy i Oscary, to pewnie nigdy bym na niego nie zwróciła uwagi. Bo to przecież tylko (i aż) wojna, śmierć i heroizm, pięknie brzmią w opowiadaniach, jednak w kinematografii nudzą, nużą, ale również potrafią bardzo mocno dobić. Oto pokłosie Miasta44 - siermiężnego i mocno przerysowanego filmu wojennego, który osiągnął rezultat przeciwny do zamierzonego. Na szczęście, 1917 jest daleki od takiego opisu. Jest właściwie daleki od jakiegokolwiek opisu ,,typowego’’ filmu wojennego.
Przede wszystkim, nie przedstawia turpistycznych obrazów Drugiej Wojny Światowej, lecz jej poprzedniczkę - Wielką Wojnę, przez którą już dwa lata później pewien młody malarz    z Austrii postanawia dołączyć do partii będącej prekursorką niesławnej NSDAP. Czas i miejsce fabuły nie są przypadkowe, historia filmu miała zostać opowiedziana reżyserowi Samowi Mendesowi przez jego dziadka. Nie chcę zdradzać jednak wszystkich szczegółów. W dużym uproszczeniu to po prostu historia dwóch młodych Brytyjczyków wyrwanych z ich "codziennej prozy" żołnierskiego życia. Mają przekroczyć niebezpieczne pole bitwy i dostarczyć wiadomość będącą ratunkiem dla 1600 żołnierzy takich, jak oni sami,   w bardzo krótkim czasie. Nie dość, że stawka jest wysoka, a niemal większa niż śmierć (tak, to celowe nawiązanie do awangardowego dzieła Patryka Vegi), to również posiada zabarwienie osobiste dla jednego z naszych bohaterów. By uratować swoich pobratymców, nie mogą dać się zabić, nie mogą się spóźnić, nie mogą zawieźć. Nie jest to byle jaką podstawą pod scenariusz dla zwycięskiego dzieła Złotych Globów, jednakże to właśnie nie opowieść gra tu pierwsze skrzypce.


Czy widzieliście kiedykolwiek film nagrany jednym ujęciem? (Nie, scena rzeźni w Blaviken z Wiedźmina Netflixa się nie liczy.) Ja też nie. Jednak 1917 próbowało osiągnąć ten efekt i w prawie mu się to udało. (Z wyjątkiem kilku scen gwałtownych wybuchów, które spustoszyły nerwy widzów na sali kinowej, a przy okazji wdzięcznie przemyciły niezbędne cięcia montażowe.) Jeżeli słyszeliście o tym filmie wcześniej, to wiecie, że cała produkcja stylizowana jest na film nakręcony w jednym ujęciu, bez drastycznych i łatwo zauważalnych cięć postprodukcyjnych. Zabieg ten, pieczołowicie wyegzekwowany przez Rogera Deakinsa, poprowadził go prosto do Oscara w kategorii najlepszych zdjęć. Z powodu bardzo dobrze przemyślanej strony technicznej 1917, przez cały seans czułam się integralną częścią historii - cichym obserwatorem, który widział świat z perspektywy bohaterów. Nie przeszkodziło mi to jednak w potrzebie i obowiązku wypatrzenia szwów montażowych. Producenci śmiało umieścili imiona i nazwiska Colina Firtha, Benedicta Cumberbatcha, czy Adama Scotta na plakatach promujących film. Pełna ekscytacji, po wejściu do sali kinowej rozsiadłam się w moim siedzeniu i oczekiwałam wojennego, lecz nowoczesnego show, które byłoby pełne moich ulubionych twarzy kinematografii brytyjskiej. Mieli tracić życie w imię patriotyzmu, honoru i wolności. Srogo się zawiodłam, lecz dopiero teraz dostrzegam zamysł reżysera. Dzięki zatrudnieniu nieznanych twarzy do wiodących ról przez cały seans nie zostałam wytrącona z tego filmowego doświadczenia, które w jak najbardziej efektywny sposób przeniosło mnie do nieestetycznych realiów wojennych okopów i spalonych miast. Gdybym widziała twarz Firtha na ekranie przez 95% trwania 1917, to nie mogłabym przestać myśleć o Panie Darcym i Bridget Jones.
Moje uczucia w trakcie seansu były nieprzerwanie wzmagane przez niesamowicie wyważony i przemyślany ruch kamery. Sprawiał, że za każdym razem, kiedy Niemiec, bomba, czy nieoczekiwany ostrzał napotykał naszych bohaterów, to podskakiwałam na siedzeniu, a moje dłonie automatycznie lądowały na zaaferowanej twarzy. Siedząc w domu i pijąc herbatę uważam to za cechę dobrego i emocjonującego dzieła filmowego, jednak w trakcie seansu, po pewnym czasie, stało się to już męczące. Napięcie na sali kinowej było również potęgowane przez niesamowite efekty dźwiękowe, które wzmagały poczucie integralności z historią i wydarzeniami filmu. Reprezentując kino behawioralne, dokładne scalenie i dopasowanie efektów specjalnych wraz z wybuchami, biegającymi żołnierzami i poszczególnymi scenami walki tylko spotęgowało mój zachwyt nad stroną techniczną 1917. To właśnie w wymienionej już przedtem kategorii zdjęć, a teraz dźwięku i efektów specjalnych film Mendesa o Pierwszej Wojnie Światowej zdobył trzy najważniejsze nagrody w świecie współczesnej kinematografii.
Czyżby 1917 to przerost formy nad treścią? Bez wątpienia! Obejrzenie tej produkcji  z pewnością nie odmieniło mojego życia. Otworzyło mnie jednak na nową kategorię kinematografii, której misją jest rozwijanie technik zdjęciowych i tworzenie kina behawioralnego, do tej pory mi nieznanego. Uważam jednak, że fabuła momentami pełna była tanich i znanych emocjonalnych chwytów. Czując się nieodłączną częścią tego doświadczenia, postrzegam je za minus filmu, który pozostawił we mnie słodko-gorzkie wrażenie, o którym pisałam na początku. Niemniej jednak, 1917 nie jest do podrobienia. Odcina się grubą linią od pozostałych wojennych filmów odbiegających znacząco od dzieła Mendesa. Otwiera nową erę kinematografii. Z tego powodu każdy zainteresowany tematem powinien obejrzeć to dzieło. Na pewno nie pożałujecie.

Iga Karasińska

1 Liceum Ogólnokształcące im. ks. Stanisława Konarskiego w Rzeszowie

Copyright © 2015. All Rights Reserved.