Mieszkania służbowe dyrektorów galicyjskich szkół średnich w latach 1869 - 1918

Tadeusz Ochenduszko

Mieszkania służbowe dyrektorów galicyjskich szkół średnich w latach 1869 - 1918

Do szkół średnich w Galicji zaliczano gimnazja i szkoły realne. Gimnazja dzieliły się na niższe – czteroklasowe i wyższe – ośmioklasowe. Podobnie klasyfikowano szkoły realne: niższe miały trzy klasy, a wyższe – siedem. Gimnazja dzielono też na rozwinięte (skompletowane) i nierozwinięte, zmierzające do skompletowania. Niższe rozwinięte miały cztery klasy, a niższe nierozwinięte, czyli takie, które niedawno powstały – jedną, dwie lub trzy. Wyższe rozwinięte – osiem klas, wyższe nierozwinięte, czyli takie które przekształcały się z niższych w wyższe – pięć, sześć lub siedem. Szkoły realne niższe nierozwinięte – liczyły jedną lub dwie klasy, a wyższe nierozwinięte – cztery, pięć bądź sześć klas. W latach 1869 – 1918 władzę nad wszystkimi gimnazjami sprawowało łącznie 329 zarządców, z czego 183 było dyrektorami, a 266 kierownikami. W tym samym okresie szkoły realne miały 49 zarządców, a wśród nich 28 dyrektorów i 32 kierowników. Niektórzy z nich pełnili obie funkcje. Kadra zarządzająca była na tyle liczną grupą zawodową, że można na podstawie jej życiorysów opisywać i charakteryzować ciekawe problemy społeczne.

 

Zwykle w pierwszych latach swojej egzystencji, szkoły średnie mieściły się w budynkach doraźnie przekazanych przez miasto, np. w wydzielonym skrzydle magistratu lub w innym obiekcie, będącym własnością komunalną. Jeżeli władze lokalne nie posiadały takich obiektów, umieszczano młodzież w lokalach wynajętych. Miasto, które miało ambicję posiadania szkoły średniej, musiało podpisać umowę z Radą Szkolną Krajową, w której zobowiązywało się do wybudowania dla niej, tak szybko, jak to było możliwe, odpowiedniego gmachu. Umowa zwykle dopuszczała, że w okresie budowy nauka odbywać się będzie w lokalu zastępczym, który musiał jednak spełniać obowiązujące normy bezpieczeństwa i przepisy zdrowotne.

W ostatnich dziesięcioleciach XIX i na początku XX wieku, gdy planowano i wznoszono budynki dla szkół średnich, zakładano, że będą to szkoły wyższe. Zatem w przypadku gimnazjów, musiały posiadać co najmniej osiem sal lekcyjnych, salę konferencyjną (pokój nauczycielski), gabinet dyrektora i pokój przeznaczony na bibliotekę. Zwykle jednak zakladano, że w przyszłości kilka klas będzie dwuoddziałowych i planowano np. 12 sal lekcyjnych, a także pomieszczenie na pomoce naukowe i gabinet fizyczny, w którym możnaby przeprowadzać doświadczenia. Ponadto obiektowi należało zapewnić profesjonalny całodobowy nadzór. Dlatego w budynku musiało być mieszkanie służbowe dla dyrektora oraz małe mieszkanko dla dozorcy. Dyrektor szkoły średniej był jednym z najważniejszych urzędników w mieście i powiecie, wybieranym i odwoływanym bezpośrednio przez cesarza. Uznawano, że jest filarem władzy państwowej w terenie, dlatego należało mu zapewnić odpowiednie warunki egzystencji. Mieszkanie dyrektora obejmowało zatem kuchnię, 2-3 pokoje i pomieszczenie gospodarcze. Dozorca natomiast mieszkał w mieszkanku, składającym się zwykle z małej kuchni i małego pokoiku. Pomieszczenia sanitarne znajdowały się na zewnątrz. Obiekt szkolny musiał posiadać zatem co najmniej 15-16 pomieszczeń. Jeżeli wznoszono budynki parterowe, to o takich fundamentach, które pozwalały na wykonanie nadbudowy. Pod koniec XIX i na początku XX wieku częściej decydowano się na gmachy piętrowe. Wokół szkoły znajdował się duży ogród, na którym wytyczano plac zabaw (boisko szkolne). Brano także pod uwagę, że kiedyś może zaistnieć potrzeba dobudowania skrzydła do budynku szkolnego, a także sali na ćwiczenia sportowe. Czasem uwzględniano też miejsce na bursę. 

Dyrektor z tytułu pełnionej funkcji miał prawo do mieszkania służbowego. Jeżeli władze lokalne nie były w stanie mu go zapewnić, przysługiwał mu ekwiwalent pieniężny, zwany odszkodowaniem lub relutum. W praktyce to drugie rozwiązanie traktowane było jako doraźne i awaryjne. Jeżeli dyrektor z różnych powodów nie był w stanie sprawować urzędu, jego obowiązki przejmował kierownik, zwany też zastępcą dyrektora lub prowizorycznym dyrektorem. Kierownikowi nie przysługiwało prawo do mieszkania służbowego. Dopuszczano jednak, że może mu być ono przydzielone, jeżeli zakład szkolny nim dysponuje. W praktyce kierownicy mieli małe szanse na otrzymanie służbowego lokalu. Po krótkim zarządzaniu, kierownik przekazywał władze z powrotem dyrektorowi lub, po przejściu tego w stan spoczynku, sam zostawał dyrektorem i wkrótce otrzymywał mieszkanie służbowe.

Dyrektor miał obowiązek przebywania w obiekcie szkolnym. Jeżeli Rada Szkolna Krajowa zlecała mu wyjazdy służbowe, np. na konferencje kadry zarządzającej czy też do innej szkoły średniej celem przewodniczenia komisji przy maturze, to trwały one nie dłużej jak 2-3 dni. Jeżeli wyjeżdżał w czasie wakacji lub ferii do rodziny na dłuższy okres niż 2-3 dni, musiał to zgłosić RSK i uzyskać akceptację. Dłuższe wyjazdy niż dwutygodniowe, np. zagraniczne czy też naukowe, nie były przewidywane. Obiekt szkolny musiał mieć zarządcę. Jeżeli zdarzały się wyjątkowe sytuacje, to RSK na czas nieobecności dyrektora powoływała kierownika szkoły (zastępcę dyrektora) lub przynajmniej kierownika administracyjnego budynku.

Zakładano, że w mieszkaniu służbowym dyrektor będzie mieszkał wraz z rodziną. Jeżeli był kawalerem, to przydzielano mu kuchnię, pokój i pomieszczenie gospodarcze, a izby, których chwilowo nie potrzebował, wykorzystywano na cele dydaktyczne. Mieszkania służbowego lub jego części nie wolno było podnajmować. Zakaz ten dotyczył nie tylko dyrektorów, ale także pozostałych urzędników. Obejmował również dozorców, których praca w monarchii austro-węgierskiej traktowana była jako służba państwowa.

Dopuszczano, że dyrektor, bądź jego żona, będą odwiedzani przez krewnych. Brano pod uwagę, że nie w każdym mieście są wolne domy noclegowe. Dlatego krótkotrwały pobyt znajomych w służbowym mieszkaniu był dozwolony. Ustawodawca nie określił, ile dni może obejmować krótkotrwała wizyta, gdyż brał pod uwagę warunki komunikacyjne i trudności, które mogą spowodować kaprysy pogody. Ten brak ścisłości co jakiś czas stawał się powodem do krytyki stosowanych praktyk, a także dyskusji i polemik. Zdarzało się, że dyrektor, który miał jedno lub dwoje dzieci, przyjmował jakiegoś bratanka, siostrzeńca lub innego krewnego bądź powinowatego, który przyjechał do miasta na naukę. Pobyt jego wydłużał się na cały rok szkolny, a później na kolejny i na następny. Jeżeli lokator zachowywał się poprawnie, w praktyce żaden urząd się nim nie interesował. Osoby związane ze szkołą, szanujące dyrektora, który oprócz pracy administracyjnej i pedagogicznej zajmował się wieloma problemami społecznymi, przyjmowały jego gościnność ze zrozumieniem. Dodatkowy lokator pomieszczeń służbowych nie generował dodatkowych kosztów. Nie zwiększała się z tego powodu ilość zużywanego opału, woda pochodziła ze studni, za naftowe oświetlenie płacił użytkownik.  Jeżeli natomiast lokator był niegrzeczny w stosunku do sąsiadów, uciążliwy dla otoczenia lub naruszał przepisy porządkowe, trafiał do ewidencji lokalnych urzędów. Co jakiś czas do Rady Szkolnej Krajowej docierały informacje o przypadkach udostępniania służbowych mieszkań na dłuższy czas. Dlatego w latach 90. XIX w. Rada Szkolna Krajowa dała wykładnię swoich wcześniejszych rozporządzeń, informując, że krótkotrwały pobyt nie powinien przekraczać dwóch tygodni.

Zdarzało się też, że dzieci dyrektora z dłuższym stażem zawodowym wyjeżdżały na studia do Lwowa, Krakowa lub Wiednia i w mieszkaniu służbowym pozostawały 2 osoby. Kształcenie w miastach stołecznych było kosztowne. Na początku XX wieku dyrektor z 25-letnim stażem zarabiał 6200 koron rocznie (516,66 miesięcznie), a ponadto otrzymywał dodatek funkcyjny 1000 koron rocznie. Te dość wysokie dochody mogły się jednak okazać za małe, aby zapewnić wykształcenie akademickie trójce dzieci. Zdarzało się, że przedsiębiorczy zarządca gimnazjum czasem przyjmował na stancję jednego, dwóch lub trzech spokojnych uczniów. Mieszkańcy miasta to tolerowali, gdyż jak wspomniano dyrektorzy często byli lokalnymi animatorami życia kulturalnego, budowniczymi burs, członkami rad miejskich i powiatowych oraz wielu lokalnych stowarzyszeń. Jednak od czasu do czasu, zapewne pod wpływem pojawiającej się tu i ówdzie krytyki, RSK przypominała, do jakich celów przeznaczone jest mieszkanie służbowe. 

Jeżeli uczniowie korzystający ze stancji chodzili do innej szkoły, np. wydziałowej, przemysłowej, przemysłowej uzupełniającej, nie budziło to kontrowersji. Problem pojawiał się, gdy stawali się podopiecznymi dyrektora, a on od ich rodziców brał pieniądze za kwaterunek. Trzeba zwrócić uwagę, że stan prawny nie zawsze pokrywał się ze społecznym odczuciem przyzwoitości. Rodzice chętnie dawali swoich synów na stancje do nauczycieli i dyrektorów, gdyż uważali, że zapewnią oni lepszą opiekę i lepsze warunki niż inne osoby wynajmujące pokoje. To ich racjonalne myślenie kolidowało jednak ze stanowiskiem władz szkolnych. 

Do obowiązków dyrektorów należało wizytowanie i kontrolowanie stancji szkolnych. Doskonale wiedzieli, że niektóre pomieszczenia nie spełniają elementarnych norm zdrowotnych. Mogli wprawdzie cofnąć koncesje, ale zdawali sobie sprawę, że w małych miasteczkach uczniowie lepszych lokali nie znajdą. Przyjmując jednego lub dwóch chłopców do swoich mieszkań nie zawsze kierowali się wyłącznie chęcią uzyskania dodatkowych korzyści materialnych. Czynili to też po to, aby zapewnić im lepsze warunki do nauki. Pamiętać należy, że niektórzy z zarządców pochodzili z biednych rodzin chłopskich i mieli w pamięci lata edukacji szkolnej, podczas których niejednokrotnie byli głodni i zmarznięci.

Rozwiązania prawne rzadko kiedy przewidują sytuacje losowe. Zdarzyło się kilka razy, że dyrektor poniósł dotkliwą stratę, z powodu śmierci dziecka lub dzieci. Wraz z żoną przygarniał do opustoszałego pokoju jakiegoś pilnego ucznia, który był sierotą. Rodziła się między nimi rodzinna więź i małżonkowie zaczynali traktować go jak syna. Przez jakiś czas jego pobyt w mieszkaniu służbowym był wprawdzie nielegalny, ale osoby życzliwe rozumiały specyfikę sytuacji. Po kilku latach zapadała decyzja o adopcji, a nowa sytuacja rozwiązywała problem prawny.

Przepisy oświatowe dopuszczały, aby dyrektorzy przyjmowali do swych mieszkań nauczycieli domowych w celu kształcenia swoich dzieci. Trzeba zwrócić uwagę, że do lat 90. XIX w. dziewczęta nie były dopuszczone do szkół średnich. Później, gdy powstały pierwsze prywatne gimnazja żeńskie, nadal sporo dziewcząt uczyło się systemem eksternistycznym. Źródła historyczne nie pozwalają odpowiedzieć, jak często służbowe mieszkania były miejscem noclegowym guwernerów i guwernantek.

Bywały przypadki, że dyrektor szukał rozwiązań tańszych niż domowy nauczyciel i przyjmował na stancję zdolnego ucznia z wyższej klasy, aby ten za nocleg pomagał jego dziecku (dzieciom) w przygotowaniu do lekcji. Było to korzystne dla obu stron. Zdolny uczeń nie płacił za stancję, czasem też za wyżywienie, często był traktowany jak członek rodziny. Nadmienić warto, że w służbowym mieszkaniu dyrektora było w miarę ciepło, a na stancjach nierzadko zimno i wilgotno, brak miejsca przy stole do nauki, a czasem brud. Nie zmienia to jednak faktu, że opisana praktyka była niezgodna z prawem. Ponadto do uprawnień dyrektora należało przyznawanie koncesji na stancje właścicielom prywatnych domów. Nic więc dziwnego, że jeżeli sam sobie przydzielił koncesję, to w konstytucyjnym państwie, jakim były Austro-Węgry, musiało to rodzić wątpliwości. 

Kary dla kadry kierowniczej za nieprzestrzeganie przepisów teoretycznie były bardzo surowe. Od dyrektorów, przedstawicieli władzy cesarskiej w terenie, wymagano nienagannej postawy moralnej. Drobne uchybienia nie tylko prawne, ale także moralne, religijne i obyczajowe, mogły skutkować utratą stanowiska. Takich sankcji jednak nie stosowano. Ograniczano się do upomnień krajowych inspektorów szkolnych, podczas odbywających się co rok, ewentualnie co dwa lata, wizytacji lub lustracji, rzadziej podczas nadzwyczajnych wizyt. Na konferencjach z dyrektorami inspektorzy poruszali ten problem ogólnie nie podając nazwisk. Takie działania okazywały się narzędziami skutecznymi, ale po pewnym czasie zapominano o przestrogach i problem powracał. W monarchicznym państwie usuwanie ze stanowisk urzędników mianowanych przez cesarza oznaczałoby, że władca źle dobiera sobie współpracowników i wykonawców poleceń w terenie. Jednak najważniejszym powodem tolerowania od czasu do czasu niewłaściwych praktyk było to, że dyrektorzy byli organizatorami wszystkich istotnych przedsięwzięć gospodarczych, społecznych i kulturalnych w terenie. Często byli osobami, których usunięcie byłoby wielką stratą dla lokalnych społeczności i nie podniosłoby autorytetu państwa.

W okresie Drugiej Rzeczypospolitej utrzymane zostały przepisy dotyczące mieszkań służbowych dyrektorów. Wypracowane przez dziesięciolecia zasady stosowane były także w Polsce Ludowej. Jest rzeczą naturalną, że przyjęte reguły nie zapobiegły dyskusjom, a nawet kryzysom, które powstawały co jakiś czas, ale na bieżąco były one rozwiązywane. Okazuje się, że sprawy pozornie łatwe, polegające na zdefiniowaniu pojęć, takich jak: dobro służbowe, mienie służbowe, przydział służbowy i odróżnienie ich od dobra prywatnego czy też mienia prywatnego, od czasu do czasu stawały się problemami, których nasi przodkowie nie potrafili rozwiązać jednym aktem prawnym, jedną wykładnią aktu prawnego, czy też jedną decyzją służbową.

Autor jest świadomy, że poruszył pewien problem opierając się na incydentach, a nie codziennej praktyce, ale nierzadko właśnie tak opisywana jest historia. Monotonne, pracowite i szare dni zwykle wzbudzają mniejsze zainteresowanie czytelnika niż afery, sensacje i skandale.