– O niebagatelnej Bagateli

Nie tak dawno, 24 listopada, byłam z klasą w Teatrze Bagatela na spektaklu pt. “Śmierć pięknych saren” w reż. Jana Szurmieja na podstawie zbioru opowiadań o tym samym tytule autorstwa Oty Pavla. Przerażająca historia, wyciągnięta z biografii samego pisarza, opowiadająca losy żydowskiej rodziny podczas II wojny światowej. Trud i egzystencjalna niepewność, zaakcentowane nastrojową, przejmującą muzyką przeplatają się z komizmem sytuacji i typowym czeskim humorem, tworząc urzekające arcydzieło.
Bardzo zapadł mi w pamięci pewien moment, kiedy to rodzina żydowskich bohaterów przygotowuje się do wspólnej kolacji wigilijnej, prawdopodobnie ostatniej w tym apokaliptycznym horrorze. W tej samej chwili, od strony głównego wejścia, na widownię wchodzi grupa aktorów ubranych w niemieckie mundury, którzy z uśmiechem na ustach zaczynają rozdawać rozbawionej publice pierniki w kształcie Gwiazdy Dawida. Paradoks opisywanej sytuacji nieustannie zaprząta mi głowę. Na scenie umierająca, zagrożona niewolą rodzina, której człowiek szczerze współczuje, jest zestawiona z odpowiedzialnymi za ich zagładę nazistami, promiennie rozdającymi słodką propagandę pachnącą cynamonem. Z jednej strony żal i łzy przelewają się nad niesprawiedliwym losem jednostek, z drugiej przechodzą one w płynny i mechaniczny ruch ręki sięgającej po uśmiechnięte ciastko. Jaki zamysł miał autor przedstawienia? Czy sympatyczny gest, który rozbawił odbiorców, miał na celu włączenie ich w rzeczywisty czas spektaklu i współtworzenia sytuacji teatralnej wraz z aktorami? Czy może ujawnia on głębsze, popychające do zastanowienia aspekty?

Współczesny świat zmierza do wizualnego pojęcia symbolu. Monograficznego obrazka z wpatrzonym nań człowiekiem – niczym ikona z uwiecznionym wizerunkiem Boga. Język odchodzi w niepamięć, zostając wypartym przez nieruchomą kliszę. Ludzie powoli przestają ze sobą rozmawiać, nie potrafią słuchać. Nierzadko mówią do samych siebie, ale milkną dla całej reszty. Ich mowa staje się bierna i anachroniczna, nieużywane słowa oblepia kurz, co w konsekwencji doprowadza do ubytku i wymierania niewygodnego języka.
,,Stille Nacht! Heilige Nacht!” – śpiewają pogodni naziści, których dłonie pachną cynamonem. Cała widownia jakoś tak, niczym nieonieśmielona, swobodnie do nich dołącza, odruchowo sięgając po kuszące słodycze. Jedynie Żydzi stoją przygarbieni i milczą – czekają, aż ich rola dobiegnie końca.
Całą tę sytuację teatralną zdają się budować sprzeczne i zupełnie wykluczające się potrzeby. Dialog jest tam w rzeczywistości głuchy na wzajemność intencji, osoby, pomimo że mogą mówić i grać, robią to do samych siebie, w myśl relacji nadawca-nadawca, bez poczucia więzi i skupienia z tym drugim, z tak rzadko istniejącym w tych czasach odbiorcą. A skoro to prawda, to jak w takim razie można nazwać tych, którzy sięgnęli do piernikowego koszyka?
Mam wrażenie, że inercji doznały również ludzkie umysły, coraz mniej czułe i wrażliwe na drobne gesty i szepty w chaosie błysków fleszy i barwnych obrazów. Bo sposób odbierania świata jest również bardzo ważny, jeśli nie najważniejszy. Dzięki dobremu odczuwaniu, pozwala się on z nami komunikować. Lecz w jaki sposób robić to teraz? Czy powinniśmy odczuwać zmysłowo, czy pragnieniowo; językowo czy symbolicznie? Jak interpretować wrażenia naszego uniwersum i zrozumieć takie pojęcia jak np. ,,współczucie”?
Zanim to nastąpi, trzeba jednak odpowiedzieć sobie na jedno z pierwszych pytań, od którego należałoby w zasadzie zacząć: Czym pachnie ciastko z cynamonem i czy przyzwoicie jest po nie sięgnąć?

Izabela Bortnowska, klasa 2a

Back to top